Kacper Podrym’s portal-parole

pod rym

zemsta bogusławy p.

5 kwietnia 2009

Podczas reklam mama postanowiła opowiedzieć mi pewną historię. Broniłem się rękami i nogami, gdyż jej opowieści są zwykle szeroko zakrojone, a szczegółów i ogółów nie mąci żadna hierarchia. Aurę sensacji uświetniają liczne pauzy i momenty zwątpienia. Czasem zastępują puentę.

Jako narrator mama wiele wycierpiała. Nikt nie zatkał jej uszu okładką, a ja nie byłem taktownym odbiorcą. Często błagałem, żeby przyśpieszyła i śmiałem się z jej sformułowań. Przyznaję: traktowałem matkę jak książkę.

No to słuchaj: poszłam zapłacić za gaz rachunek do takiego punktu w Albercie. Tam jest punkt opłat. Co do grosza miałam wyliczone za gaz i idę do tego babska…

A to był dopiero początek.

Historia jak zwykle była wstrząsająca. Wywarła na mnie tak duże wrażenie, że zadzwoniłem do Łukasza i poprosiłem mamę, żeby opowiedziała wszystko jeszcze raz. Oddałem jej telefon, a sam usiadłem na schodach i nadstawiłem ucha.

Otóż poszłam zapłacić za gaz do takiego punktu w Albercie. Albert to taki supermarket (Łukasz jest z innego miasta). Co do grosza miałam wyliczone, a wcześniej zrobiłam zakupy, więc nie miałam żadnych pieniędzy. Idę do tego babska, a ona mi mówi, że 2 złote prowizji. A ja na to: jak to??! Bo tam nigdy nie było prowizji.

Zaczęłam wygrzebywać jakieś drobniaki, ale mi zabrakło 70 groszy. No to mówię do babska, że oddam jej jedną przyprawę i nawet lepiej na tym wyjdzie, bo przyprawa kosztuje złoty pięćdziesiąt. Ale ona mówi że nie, pyta o rachunek, a ja rachunek już oczywiście dawno wyrzuciłam.

Nagle staje za mną dziewczynka taka w wieku Agatki (19 lat) i ona mówi, że da mi te 70 groszy. Ale ja mówię: proszę pani nie, ja i tak muszę iść do ajencji. Ta dziewczyna poczuła bluesa, ona wiedziała, że już jest ciemno, czarno. Myślę: idę do tej ajencji (PKO). Idę do ajencji, ajencja zlikwidowana. Już jestem ugotowana, zziajana. Usiadłam na ławeczce, znalazłam srebrny pierścioneczek.

Te 70 groszy to bym jej przyniosła w zębach! Ale myślę: nie gnojówo, ja ci nie dam te 2 złote. Jak mam 2 złote zapłacić… A w gazowni mam kasę, która jest bezpłatna. Jadę następnego dnia do gazowni. No i jadę tam, przyjeżdżam i słuchaj: no po prostu się spociłam. Już przy okienku kasy gazowni pani do mnie mówi, że ja mam złoty pięćdziesiąt tej prowizji zapłacić, bo kasa jest prywatna. No to mnie dalej brakuje 20 groszy i już chcę się odwrócić, nie chcę konferować z nią, ale paniusia mówi: te 20 groszy to mi pani przy okazji odda. Ale ja nie wiem, czy ja pani oddam, bo to jest drugi koniec miasta, a ona: to nie szkodzi.

Możesz się śmiać, ale jednak dziewczyna całkiem swobodnie zaproponowała i szczerze. Ja jej podziękowałam, ona mi przybiła. Ja zapytałam: dlaczego te kasy gazowni zlikwidowano? To już mi się całkiem nie podoba, bo gaz jest oszukiwany, a ludzie zwolnieni.

Nakłapałam, nazłościłam się. Zbliżam się do końca opowiadania.

Wracając z gazowni całkowicie ogołocona, wybrałam z bankomatu 20 złotych. Zrobiłam zakupy podstawowe: chleb, mleko, jajka, mleko może nie, bo ja z dnia na dzień nie kupuję mleka. No i tak zrobiłam, żeby mi pani wydała 70 groszy. I jak wyszłam ze spożywczego, to już przygotowałam w dłoni dwie monety. Wchodzę do Alberta, idę do tego punktu. Ona mnie oczywiście natychmiast poznaje, chociaż byłam całkiem inaczej ubrana. Kładę jej to na ladę i mówię:

Proszę pani. Tutaj kładę 70 groszy – to jest tyle, ile mi wczoraj zabrakło na gaz – nie na piwo, ani wódkę. A daję pani te 70 groszy po to, że jeśli przyjdzie kiedyś jakaś starsza pani i jej zabraknie do prowizji, to niech pani jej nie odsyła na drugi koniec miasta, bo naprawdę nie warto.

Łukasz mówi: jaka fajna puenta! ale do mamy dociera: a jaka jest puenta? i odpowiada:

A puenta jest taka, że ta dziewczyna mi się bardzo nie podoba.

Nie oddzielisz od siebie dwóch syjamskich błękitów,
Więc czy byłem na morzu czy na niebie już – nie wiem.
Piłem wino i nagle – jako dar dla niebytu –
Wiatr wytrząsnął z kieliszka kilka kropel powiewem.

Co ze szkła się wylało i co widzę w swej dłoni?
Szklaną kulę na nóżce, która przeszłość mi wróży?
„Czy to wino wylałeś, gdy Ocean się burzył?
Różę wiatrów podlaną czyjąś krwią widzę w toni…”

To co było przed chwilą przezroczystym rubinem
W pył różowy wiatr spienił
I pozwolił, by w toni rozpuszczało się sinej.

Gdy patrzyłem, jak fale upijają się winem
W głębi słonej przestrzeni
Zobaczyłem swą własną, falującą głębinę.

le vin perdu

J’ai, quelque jour, dans l’Océan,
(mais je ne sais plus sous quels cieux),
Jeté, comme offrande au néant,
Tout un peu de vin précieux…

Qui voulut ta perte ô liqueur?
J’obéis peut-être au devin?
Peut-être au souci de mon coeur,
Songeant au sang, versant le vin.

Sa transparence accoutumée
Après une rose fumée
Reprit aussi pure la mer…

Perdu ce vin, ivres les ondes!…
J’ai vu bondir dans l’air amer
Les figures les plus profondes…

rak aureoli

2 kwietnia 2009

Festiwal muzyki współczesnej odbył się w barokowej kaplicy. Jej zabytkowe mury wytapetowano na kilka dni krzykliwymi plakatami. Jeden z nich przedstawiał skrzypce z powyrywanymi strunami związanymi w kokardę. „Zaznajomienie kogoś z utworem muzycznym to jeden z najmilszych podarunków świata” – tłumaczył swą śmiałą wizję autor plakatu.

Najliczniejszą grupę słuchaczy tworzyły wyrzeźbione w kaplicy anioły. Ich nienumerowane miejsca irytowały nieco panią bileterkę. Szczególnie cherubiny cechował jej zdaniem brak poczucia piętra i nieuzasadniona odwaga. Przejechały na gapę więcej koncertów niż stacji drogi krzyżowej – ze ściany, z ołtarza, z sufitu. „Niedługo obsiądą kolumny jak te erotyczne tancerki”. „Są wszędzie i nie zdziwiłabym się, gdyby zaczęły srać jak gołębie” – myślała pani Elżbieta i ze złością liczyła nie wykupione bilety.

Muzyka współczesna przecięła sinusoidę epok w zupełnie innym punkcie niż anioły. Dzielący je interwał przekroczył klawiaturę w obie strony. Dopiero na festiwalu zmieścił się w oktawie i ujawnił jako dysonans. Zupełnie jak wtedy, gdy przed papieżem wystąpili polscy hiphopowcy: Kwiatek, Bożek i Wezyr.

Anioły nie zorientowały się, że wypowiedziano im wojnę. Żyły w areszcie od XVII wieku i dawno już przestały wierzyć w powrót do nieba. Kiedy najechał je wielki jak koń fortepian, dziwiły się tylko: cóż to za pokraczne klawiczembalo? A on krył pod klapą masowe rażenie, trojańskie tanki i spartańskie warunki.

Muzyka lidyjska, Muzyka na taśmę, Muzyka nova polonica. Złamane muzyki wszczepione do uszu i zalane gipsem. Złe ciała obce z banku wrogich organów. Rak aureoli i przerzuty zrostów. Podpisy na gipsie. Liczne! Operacje plastyczne muzyczne.

Broń biologiczna wpadła aniołom w ucho, a miało Konczerto groso. Klawesyn wstąpił do neobaroku i zagrał z The Roentgen Connection. Rozstrzelał konczerta i „Trupy” na smyczki z nich polepił, nowe strzępy na stare instrumenty, czoło tematu zmielone z głową, łącznik z chorobą umysłową, rosną aniołom popromienne skrzydła i mięsisty ogon. W krzywym zwierciadle co słodkie im i drogie, fuga w kaszance i sinfonia trzustek, aj! Tunel strachu w gabinecie luster.

W dawnych utworach tkwił rdzeń barokowy, odchodziły od niego głowy aniołowe, epoka opoka i układ nerwowy, muzyki w aniołach oddział zamiejscowy. Malutka filia, jednego w drugim wigilia. Nieoczekiwany gość i straszne prezenty: nie do odrzucenia przeszczep, wybekane kolędy, koń fortepiański, mózg gipsem osrany. „Kastrat” na sopran preparowany.

Biała flaga jak świąteczny obrus, anioły jak karpie w święconej wodzie, ogłuchłe we własnej barokowej wannie, niech Bożek spuści tę święconą wodę. Lecą z sufitu do pierwszego rzędu, tłuką się, kruszą i ze ścian spadają, a każda słuchaczka aniołem trafiona dołącza niestety do ich fatalnego grona!

Skrzypce pośpiesznie zstępują z plakatów i biegną muzykom na ratunek, prosto na papier anioły spadają, plakat wyrywa im głosowe struny. Złamane dusze uchodzą przez okna, na szybach zostają siwe prześwietlenia; księżycem wystarczy poświecić w te okna, żeby zobaczyć witraże Roentgena.

Gdyś muzyką dla uszu, czemu słuchasz jej w smutku?
Miód się z miodem nie kłóci, radość rada radości,
Dlaczego więc kochasz przebiegi tych nut ku
Swemu niepocieszeniu, lub z lubością – ból gościsz?
Jeśli dobre współbrzmienie, czysty strój zgodnych dźwięków,
Zaślubionych akordem, dziwnie razi twe ucho –
Słodko gani cię tylko, że nie słyszeć chcesz wdzięku
Wielogłosu, gdy solo brzmisz samotnie i głucho.
Zważ jak słodkim jest mężem jedna struna dla innej,
Gdy w harmonii wzajemnej się ze sobą stapiają;
Ojca, dziecka i matki szczęśliwości rodzinnej
Są zaśpiewem i jedno, choć troiście śpiewają –
Pieśń bez słów tej jedności, która głosy trzy liczy
Wciąż śpiewana dla ciebie: „Jeden sam – będziesz niczym”.

Music to hear, why hear’st thou music sadly?
Sweets with sweets war not, joy delights in joy.
Why lovest thou that which thou receivest not gladly,
Or else receivest with pleasure thine annoy?
If the true concord of well-tuned sounds,
By unions married, do offend thine ear,
They do but sweetly chide thee, who confounds
In singleness the parts that thou shouldst bear.
Mark how one string, sweet husband to another,
Strikes each in each by mutual ordering,
Resembling sire and child and happy mother
Who all in one, one pleasing note do sing:
Whose speechless song, being many, seeming one,
Sings this to thee: “thou single wilt prove none.”

tydzień z pseudoris

1 kwietnia 2009

Wygrałem wycieczkę do Wejherowa „Tydzień z Dorotą Masłowską” do prawdziwego bloku, w gronie domowników i z Biedronki soków. Niewiele pamiętam, lecz wiem, że prócz Doroty obecny był jeszcze w Wejherowie Diabeł, który miał wizytę udynamicznić i uatrakcyjnić, by udowodnić, że życie to nie film, a tylko gra komputerowa. Już dzień po przyjeździe wyłącznie przez słuchawkę z Dorotą rozmawiałem i nie będę ukrywał, że były to bardzo sympatyczne rozmowy. Potem zszedłem do piwnicy, czego w ogóle nie było w programie, więc spotkałem tam Diabła jakby w garderobie i nie mogąc tego wytłumaczyć sobie podeptałem go zdrowo celując szczególnie w zakończenia nerwowe. Mówię do Doroty: „dziwny ten Diabeł”, ale ona nic, tylko chodźmy na ławki i pogadać sobie. Tak pełnym ciepła kobiecego głosem, że pytam: „skąd ten pazur bierzesz w swojej prozie?”.

Nie każdy wie, że duma Wejherowa to tor saneczkowy, który ktoś w centrum miasta kazał wybudować sobie. Kto? Chytrze śmieje się Dorota: wie, ale nie powie. Zapnij pas, gdyż zniszczyć może człowieka prędkość sań w Wejherowie. Razem gnamy po osiedlu całym, a jedno mieszkanie demoluję przy pomocy spreju. Dorota ustawicznie kolor włosów zmienia, zielony z niebieskim myli się sprejowi, zawrotne tempo życia, zrujnowane zdrowie. A jednak mam poczucie, że Dorota za nos mnie jakby wodzi, trochę niepodobna do siebie i zanadto ruda na głowie. Więc pytam dosłownie czy Diabła z Wyborczą nie zmyśliła sobie, czy nie jestem przypadkiem w ich medialnej zmowie?

Nim prawdę całą opowiem, wspomnę że dla Masłowskich kupiłem kolację a dla Doroty sok z pomarańczów czterolitrowy, co mi go ojciec doradził jako zdrowy i bezalkoholowy. Sok niosę do bloku i iluminacja: Dorota z rodziną to Wyborczej akcja, prawdziwa Masłowska z Malinką w Warszawie nie bierze udziału we własnej zabawie! Lecz zaraz! W dwa dni mam zdemaskowane, może nagrodę za szybkość dostanę. Nie wszystko stracone, może kurs autobahnem? Nadzieja – Speranza in nascedi statu, sok niosę w ręku do Falsyfikatów. Porzućcie nadzieję Wy, do których wchodzę, naskórek Szatana mam za tipsem w nodze.

Kto myśli, że była zadyma: strach o nagrodę mnie w porę powstrzymał
Kto miał nadzieję na szczerą rozmowę: zmową milczenia zastąpi ją sobie
Kto skrycie czekał na Boską Komedię: Boskiej Masłoskiej zapoznał tragedię
Kto liczył na to, że Sąd Ostateczny: Diabeł bez czucia, a byłby konieczny.

RSS

© 2009-2010 Kacper Podrym

projekt kojder.net